Miałem 11 lat…

Miałem 11 lat, to był 1954 rok. W tym roku właśnie zaczęły się remonty. Zaczęli się organizować Gostkowiacy, ksiądz ich namówił, bo miał przyjechać biskup, chyba w 1955. Bardzo wtedy byli zorganizowani ci mężczyźni – lubili się, nawet kobiety i dziewczyny młode, chodziły po wioskach śpiewały. Wszyscy ci mężczyźni, dosyć dużo było ich w Straży Pożarnej i byli jak jedna rodzina. W 1954 organizowali się i ściągali materiał furmankami, bo nie było przecież żadnych samochodów, bo to było po wojnie. Nawozili cementu, nawozili wapna, rozrabiali to w wszystko, wyciągali linkami do góry tynkowali tę wieżę. Bardzo sprawnie im to szło. Remontu tak szybko nie zrobili – prawie dwa lata. Cała wioska to byli rolnicy. Kto pracował? – Lipiński, Fronckiewicze, Morawskie, Cale, Hereje, Gałaza, Krosnoski, Kępińskie. Pokrywka był, Plata, Bruźnickie, Kruszyńcy, Serafin, Paszczur, Przyszlaki.  Wszyscy mężczyźni pracowali, a dużo kobiet było, które gotowały, dla nich obiady. Nie to że przynosiły, tylko przy plebani porobili stoły tu, gdzie jest wejście na ogrodzie i później pracownicy schodzili na obiad. Pojedli sobie oczywiście tam i piwko było. Za dużo nie było alkoholu, tam po piwku najwyżej, żeby któryś nie spadł z rusztowania. Wszystko drewniane było, pozwożone z lasu. Wysokie żerdzie klamrami były spięte, później brakowało im wyżej więc dosztukowali żerdzie żeby jak najwyżej dostać się właśnie do otynkowania tego kościoła. Tam na wieży były klamry porobione, bo oni robili ten stary tynk poniemiecki, ale było ich niedużo. Postanowili ilość tych klamr zwiększyć, żeby ten mur się nie rozleciał, bo z kamienia było budowane.   Były zakupione te płaskowniki, do tego trzeba było dospawać, śruby. Ojciec nie miał spawarki, więc robił to w palenisku, nagrzewał to i sklepywali to i jeszcze borował to i nitami. Ojciec miał na imię Stefan Szczepanik. No i  wiem, że ojcu pomagał Karol Stępień, Jasia Stępnia ojciec. Stępień Karol był bardzo pożytecznym człowiekiem. Pomagał mu tu w kuźni. Gwintowali te ankry, później to, zgrzewali, bo nie było spawarek to zgrzewali to te końcówki tych gwintowanych śrub. Później przyjechało małżeństwo i bardzo ładnie wymalowali ten kościół wewnątrz. Tylko tam poprawili tynki.  Biskup później pochwalił. Może jeszcze ktoś jest, kto może to potwierdzić co mówię?

***

Miałem 11 lat, wtedy ksiądz szkolniaków 6/7 klasa zapraszał, żeby młodzież  połatała dziury w murze. Po szkole chłopcy poszli do domu sobie pojeść a ja poleciałem do kościoła na ten cmentarz, bo każdy miał swoją przydzieloną dziurę co ma tam zamurować. Moja była tak jak jest wejście boczne do kościoła trochę w prawo. Nazbierałem sobie kamieni, bo każdy musiał sobie nazbierać. Mieliśmy tam złożony cement, piasek zakupiony przez rodziców. Trzeba było sobie samemu rozrobić, no to pytaliśmy rodziców jak to trzeba zrobić. Młodzież poszła do domu, a ja poszedłem sobie już rozrobiłem, kamieni naznosiłem. Zacząłem układać tam kamienie elegancko, równiutko i prawie wszystko już połatałem, ale końcówkę brakło mi już kamieni, chciałem jeszcze poszukać i naprzynosiłem tych, które mi pasowały bo było ich tam dużo powyrzucanych poza płot. Gdy brakło mi zaprawy, poleciałem do domu pojeść, a obiad prawie był na stole, bo mama wiedziała kiedy do domu wracam. Gdy pojadłem wróciłem, żeby dokończyć. Tam koledzy już byli. A o godzinie 17 była msza popołudniowa, pół godziny. Zdążyłem rozrobić zaprawę i zakleiłem tę dziurę, także przed 17 byłem po robocie.